Tak mój BO jest już z nami rok.
Pamiętam jakby to było wczoraj jak chodziłam w ciąży z nim jak USG wychodziło że będzie dziewczynką.
24 maja 2013 roku.
Obudziłam się z takim dziwnym odczuciem pustki w brzuchu i na raz plum.. Oj wody mi odeszły. W tej samej chwili obudził się mój mąż: "Co się stało?" usłyszałam pytanie. A ja na nie "NIC. Tylko mi wody odeszły" Znowu słyszę: "Aaaa To mnie obudź jak będziemy jechać." Ze spokojem poszłam do łazienki przebrać się spakowane rzeczy przyszykować pod drzwi żeby zabrać. Obudzić teściową żeby poszła do dzieci. Pochodzić sobie w tą i z powrotem żeby za szybko nie pojechać do szpitala zbyt szybko. O godzinie 3.00 w nocy. budzę już męża. "Wstawaj, już jedziemy." Zamówiłam taksówkę. Mąż w tym czasie się ubrał, zeszliśmy do taksówki.
Nawet nie pamiętam jak szybko miałam skurcze czułam tylko ból w kręgosłupie i nic więcej. Dojechaliśmy do szpitala. Na izbie przyjęć spędziłam 15 minut. Po "badaniu" lekarza i stwierdzeniu że urodzę o 6. rano odesłałam męża do domu, bo nie było sensu aby siedział ze mną 3 godziny. Na trakt porodowy mnie wysłali (1 piętro) położyli na łóżko podłączyli do KTG. I nic. A za chwilę... Już skurcze parte rozwarcie 7 cm i coraz większe. No urodzę o 6 rano.
Zaczynam rodzić!!! Na szczęście byłam sama z położną. Skurcze parte co chwila. Mała spieszy się co raz bardziej. Słyszę: "Pani Judyto proszę spokojnie wziąć oddech i przeć." A ja na to : "Nie mogę tak się śpieszy!" I po pięciu minutach o 3.30 powitałam Borysa a nie Antosię.
No cóż USG nie zawsze mówi prawdę. Mój synio był zdrowiutki jak rybka. Buzia dziewczynki :P SMSem powiadomiłam męża że urodził mu się syn o godz 3.30 :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz